niedziela, 29 czerwca 2014

• "Wirus" Autor: Chuck Hogan, Guillermo del Toro (tom 1)





Świętowanie rocznicy mam za sobą. Nie było szampana, kawioru… konkursu też nie było :D Ale jak sami wiecie było... dziwnie. Teraz czas na jakąś opinie.

Książkę chciałam przeczytać od dawna, ale ciężko ją było zdobyć. Później dowiedziałam się, że ma powstać serial na podstawie książki, więc chęć jej zdobycia się wzmogła. Okazało się, że gdzieś jest, zamówiłam i się wkurzyłam. Książka była zniszczona, ale co zrobić; gumką starałam zabrudzenia, trochę rogi wyprostowałam, ale już odchodzącej filii nie dało się przykleić. Jak zaczęłam czytać, to okazało się, że wydawnictwo Zysk i S-ka będzie zajmowało się reaktywacją. Tak, całe życie pod górkę, bo część pierwszą będę mieć z Naszej Księgarni, część drugą (o ile też z niej nie zrezygnują)  w zupełnie innym formacie, niepasującą okładką i zapewne czyimś innym przekładem.
Zaniepokojony zaczął rozmyślać o starych, ludowych wierzeniach dotyczących zmarłych. Całe jego doświadczenie zawodowe zderzyło się teraz ze zwyczajnym ludzkim instynktem.
Nic dodać nic ująć. To nie jest książka, gdzie wampiry są seksowne, to nie jest książka gdzie wampiry mogą żyć obok nas, a my o tym nie wiemy, pomimo, że z nimi rozmawiamy. Te wampiry to wirus, to stworzenia, które różnią się od nas pod każdym względem. To nie jest książka, gdzie jakaś słodka nastolatka odkrywa swoje moce, to nie jest też Predator czy Alien. To jest książka, gdzie nagle okazuje się, że wampiry istnieją i nawet odrobinę nie przypominają stworów z książek, filmów, podań czy wierzeń, przykład: nie mają kłów. One istnieją od dawna, one się ukrywają od samego początku, a jak się z nimi spotkasz – to już jesteś jednym z nich.

„Wirus” trzyma w napięciu od pierwszych stron. Na początku poznajemy młodego Setrakiana, któremu babcia opowiada legendę o Józefie Sardu. Sama ta opowieść, wywołuje gęsią skórkę, a później to już jest tylko mroczniej. Co nieco dowiadujemy się o młodzieńcu, który zostaje wypędzony wraz z rodziną ze swojego domu, aby mógł tam zamieszkać niemiecki oficer.  Następnie jesteśmy przeniesieni do czasu teraźniejszego, a dokładnie na lotnisko JFK. Samolot wylądował i puf - samolot jest martwy. Nie, nie wybuchł, on po porostu przestał funkcjonować. Zgasły silniki, zgasło światło, ogólnie cała elektronika przestała działać, a ludzie ze środka nie odpowiadają na wywołania wieży lotów. Zostaje wezwana osoba, aby sprawdziła co się dzieje. No i wtedy zaczyna się zabawa autora z wyobraźnią czytającego. Nagle przestaje wiać wiatr na płycie lotniska (co jest świetnie opisane, dlaczego jest to niemożliwe), wszystkie rolety w oknach są pozasłaniane (co okazuje się niezwykłe w realnym świecie), samolot nie wydaje żadnych dźwięków, które są tak charakterystyczne, po tym jak wyląduje. Wezwano odpowiednie służby, ale zabawa z czytającym ciągle trwa. Dlaczego nie da się otworzyć drzwi, które otwiera ktoś inny z ekipy? Dlaczego niektóre rolety okazały się jednak niezasłonięte jak opisywano to wcześniej? Dlaczego nikt nie odpowiada. Po wejściu na pokład, 206. pasażerów jest martwych. Podejrzewamy atak terrorystyczny, masowe samobójstwo, toksynę, ale to nie jest to. Obojętnie jakiej teorii nie przypiszemy temu zjawisku, nie będzie się ona zgadzała z tym co widzimy. Martwe osoby wyglądały jakby zasnęły, co nie jest możliwe, bo żaden wirus nie jest w stanie uśmiercić wszystkich, w tej samej chwili. Odpowiednie służby działają, a my dostajemy kolejne porcje zagadek, które opisane są bardzo szczegółowo, a do tego tak ciekawie, ze chłoniemy każde słowo. Jak wiemy martwe ciało zachowuje się w odpowiedni sposób, a świat w odpowiedni sposób reaguje na zwłoki – więc gdzie jest rozkład, gdzie są muchy i gdzie jest zapach… jakikolwiek zapach.

Książka jest niesamowicie wciągająca, ma mroczny klimat, który nie pozwala się oderwać od lektury. Tam nawet zwykłe zaćmienie słońca, jest czymś niespotykanym:
Ulica ucichła w chwili całkowitego zaćmienia. To przez te dziwne światło, które na nich padało. I te cienie, przypominające robaki pełzające po trawniku; widziała je kątem oka przy ścianach domów, wyglądały jak wirujące duchy… Kelly miała wrażenie, że ulicą przeszedł lodowaty podmuch wiatru, który nie ruszył nawet włosami mieszkańców, ale zmroził ich wnętrza.
Mówi się, że gdy człowieka przejdzie dreszcz, to znaczy, że ktoś przespacerował się po jego grobie. Tym właśnie wydawała się ta cała „okultacja”. Ktoś lub coś chodziło po grobach wszystkich naraz. Martwy księżyc przechodził przez żywą Ziemię.
Co jakiś czas widzimy akcję oczami przypadkowej osoby. Jest to rewelacyjne zagranie, bo pozwala czytelnikowi uświadomić sobie, że jakby rzecz działa się naprawdę (czyli nie wiemy jak wyglądały zwłoki, nie wiemy jakie wyniki przekazały laboratoria, itd.), to na te wszystkie zdarzenia, nawet byśmy nie zareagowali. Dlaczego? Bo wiemy doskonale, że ludzie mają nasrane w głowach, że zaćmienie w pewnym stopniu wpływa na ludzi i trochę mocniej na zwierzęta, że roboty budowlane mogą wypędzić szczury z ich legowiska.

Jak dla mnie książka jest rewelacyjna, polecam z czystym sumieniem. Akcja rozwija się bardzo powoli, ale jest to uzasadnione. Nie mamy wrażenie, że coś się dłuży, że można by przyspieszyć, oj nie. Delektujemy się każdą opowieścią, każdym fragmentem i nie chcemy aby się to skończyło, nie chcemy nadawać szybszego tempa, nie chcemy przeskakiwać… chcemy, aby to trwało jak najdłużej.

Mam tylko ogromną nadzieję, że serial będzie się znacznie różnił od książki, bo ta jest zbudowana na napięciu, na przemyśleniach, na wszechobecnym niepokoju. Serial oparty na takich rzeczach nie przetrwa. Bo nie będzie akcji, nie będzie pościgu za wrogiem i próby jego eliminacji. To dostajemy pod koniec książki i to było świetne posuniecie, ale przy serialu się to absolutnie nie sprawdzi. Także mam nadzieję, że w serialu będzie więcej się działo, bo te wampiry, zasługują na to, aby świat się o nich dowiedział