niedziela, 28 lipca 2013

• "Wojna w blasku dnia, księga I" Autor: Peter V. Brett


Książkę dostałam w prezencie. Interesująca okładka, zachęcający opis i do tego bardzo pozytywne recenzje sprawiły, że po zakończeniu czytania "Honor złodzieja" rzuciłam się w wir czytania "Wojny w blasku dnia". Po kliku stronach chciałam książką rzucić o ścianę, znowu rzucić o ścianę, następnie ją podrzeć, podeptać i wywalić za okno! Rozumiem, że to jakaś seria (jakaś NIE w sensie byle jaka!) ale na miłość boską od czego są przypisy?! Czy tak trudno dać małą cyferkę przy słowie, następnie umieścić taką samą liczbę na dole strony i napisać czym jest, bądź.co oznacza dane słowo? Istnieje też coś takiego jak bestiariusz i moim zdaniem to by się sprawdziło doskonale. Nie po raz pierwszy rozpoczynam swoją przygodę od środka, ale po raz pierwszy miałam problemy ze zrozumieniem historii, a internet wcale nie był taki pomocny jak powinien być. Doszłam do wniosku, że mogę sama sobie wymyślić definicję słów, chwytów, "świąt" itp. Czy pomogło? Nie, bo bardzo irytuje kiedy w co niemal każdym zdaniu widnieje coś o czym nie ma się zielonego pojęcia.

Książki nie czyta się dobrze Nie ma ona nic wspólnego z fantasy. Jednak dane nam było 172 strony. 172 strony cudownej przygody Arlena i Renny. To właśnie tu dostajemy fantasy pełną gębą. Zapierające dech w piersiach walki z demonami, rysowanie i znaczenie run. Przygotowania na nadejście wieczorów były fantastyczne. Harmonia była wyczuwalna we wszystkim, a od głównych bohaterów emanowała pozytywna energia. Niestety, książka posiada 677 stron i 86 kartek nie jest w stanie uratować tej popeliny.

Większość książki to życie pewnej dziewczyny. Początkowe przygody Inevery sprawiały, że wchodziłam w stan "szewskiej pasji" by skończyć ziewając i przysypiając. Nienawidzę jak częstuje się mnie tanimi chwytami jakimi są chamstwo, prostactwo, przemoc fizyczna i psychiczna nad słabszymi, nie mówiąc już o byciu bezczelnym. Sprawia to, że nawet arcydzieło staje się dla mnie gównem. Jest tyle sposobów na okazanie wyższości i pogardy, a autor decyduje się aby pójść na łatwiznę. Przez to ofiara i prześladowca są dla mnie bezmózgimi stworzeniami. Było jednak coś jeszcze bardziej tandetnego od pójścia na skróty, a mianowicie było to powtarzanie słów po "zajefajnej koleżance".

"– Skorpion! – krzyknęła Melan, wygięła się i otoczyła talię Inevery ramieniem. Jej noga wystrzeliła zza pleców i trafiła młodszą dziewczynę w twarz. Inevera padła i przez chwilę leżała nieruchomo, usiłując pozbierać myśli. W końcu wstała. Melan nadal utrzymywała pozycję.
– Skorpion! – skandowały otaczające je dziewczęta. Każda z nich przybierała tę samą postawę. – Skorpion! Skorpion!"

(Biły się dwie dziewczyny, reszta patrzyła na nie w pozycji... skorpiona.)

"– Nie. To będzie twoja ostatnia lekcja, zły rzucie. Nie przeżyjesz tej nocy.
Inevera poczuła, że krew w jej żyłach zamienia się w lód. Melan była wściekła i wydawała się gotowa spełnić groźbę, ale co powiedziałaby na to dama’ting? Spojrzała na pozostałe dziewczęta.
– Niczego nie widzę – oznajmiła Asavi, jak zwykle lojalna wobec Melan, i odwróciła się plecami do zajścia.
– Niczego nie widzę – powtórzyła kolejna dziewczyna i uczyniła to samo.
– Niczego nie widzę. Niczego nie widzę – padało ze wszystkich stron. Nie’dama’ting odwracały się jedna po drugiej."

Od razu na myśl przychodzą mi tandetne amerykańskie filmy o tym, jak brzydkie kaczątko jest prześladowane w szkole przez cheerleaderki. Jednak na lekcji biologii zostaje posadzona z największym ciachem w całym stanie! Ona mu pomaga w zadaniach, on dostrzega w niej człowieka... świetni się bawią i takie tam... przychodzi nasze brzydkie kaczątko na imprę roku do swojego głównego wroga i o dziwo jest już piękna. Ok poniosło mnie, nie zawsze tak jest. Czasami występuje jeszcze opcja, że ciągle jest brzydka, a on staje w jej obronie i na zakończenie roku brzydkie kaczątko okazuje się łabędziem. No ale wracając do tematu. Kiedy kończyły się przepychanki miedzy Ineverą, a resztą dziewcząt zaczynały się długie, monotonne i nudne opisy, które absolutnie nic nie wnosiły do opowieści. To była katorga. Czterostronicowe opisy jak ktoś śpiewa bądź gra na instrumencie... 4 STRONY! Dwie strony opisu jak ktoś przechodzi przez pałac. Nie wiem, jakoś inaczej wyobrażałam sobie opowieść o tym, jak ludzkość przygotowuje się na przyjście demonów.

Zacznijmy od tego, że wcale nie mamy miesiąca na przyjście demonów. Wyobraźcie sobie moi mili, że książka niemal dogłębnie opisuje 33 lata. 33 lata czego? Nie mam zielonego pojęcia! Czytamy o tym jak ludzie się golą, myją, uprawiają seks, wyplatają kosze, sikają (tak! sikają!). Czytamy również jak przejmuje się władzę niekoniecznie przez walkę, czytamy jak śpią (no wiecie, śpią w sensie poszli spać:D czyż to nie fascynujące?), jak są zazdrośni, jak widzą uzdrawianego człowieka. Ogólnie nudy. Nudy do potęgi "n"... nie, to za mało... nudy do nieskończoności. To jest baaaardzo powolna wyprawa, ruchem jednostajnym prostoliniowym, w nieskończoną nudę. Także wyobraźcie sobie obszerne opisy wszystkiego (opisy, które nic nie wnoszą), do tego jeszcze około milion pięćset sto dziewięćset niezrozumiałych słów i co nam wyjdzie? No normalnie impra roku! Szaleństwo na całego. W skrócie: połowa książki jest o tym jak laska zostaje Damajah. Czyli jak mała dziewczynka jest sponiewierana fizycznie i psychicznie, jak uczy się dobrze oddychać, tańczyć, i przybierać pozy podczas walki takie jak: skorpion, kwiat jakiś tam i cała gama innych ustrojstw (akurat te pozy nie zostały opisane ani jak wyglądają ani jaki mają skutek). O tym kto z kim, za ile i dlaczego... taka "Dynastia" w obszerniejszym streszczeniu. Oraz o wszystkim i o niczym. Co mamy w drugiej połowie książki? Ano podzielny tą drugą połówkę na 3 części. Pierwsza część to mistrzowskie przygody Arlena i Renny. Druga część to dorosłe życie Inevery, które do interesujących nie należało. Nie dlatego, że było nieciekawa, tylko dlatego, że było ono zwyczajne. Zaspakajanie męża, wybieranie mu żon i chodzenie do łóżka z innymi mężczyznami aby mąż miał wyższe stanowisko Trzecia część opowiada o potyczkach zielarki Leeshy, które było niczym innym jak opowieść o Cyganach.

"Wojna w blasku dnia - I księga" nie ma nic wspólnego z fantasy. Ta książka to obyczaj. Naprawdę nie przesadzam. Rzucanie kośćmi, które mętnie pokazują przyszłość, kilka demonów i rysowanie run to stanowczo za mało. Zwłaszcza, że i tego mamy bardzo mało. W tej książce kompletnie nic się nie dzieje. Owszem mamy wspaniałe 172 strony i nic więcej. 5 tygodni. Tyle czasu zajęło mi jej przeczytanie. Ludziska kochane, mnie nawet czytanie nudnych lektur w szkole zajmowało mniej czasu! Autor nie wyróżnia się stylem, nie wyróżnia się niczym! Zdania są poprawne ale proste. Historia jest nużąca, bohaterowie miałcy. Czytałam w swoim życiu bardziej fascynujące książki, w których nic się nie działo. Jako, że posiadam drugą część, to mam do Was prośbę. Trzymajcie kciuki, żeby w księdze II działo się choć odrobinę więcej (bo na porządną walkę z demonami pewnie nie mam co liczyć). Może ktoś puści bąka? Bo w Księdze I dość obszernie opisane były rozwolnienia, oddawanie moczu, wymiotowanie, smarkanie... ale nikt nie puszczał bąków. Może to właśnie było tym fantasy? Ludzie, którzy nie pierdzą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

No co tam, jak tam?